Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
134
JAN KASPROWICZ

Lecz pan Rudawski był już pośród drogi:
Zaledwie przyszła wieść, na konia skoczy,
Aby popędzić, gdzie łuna pożogi
Krwawą się płachtą na niebie roztoczy,
Gdzie bujny zagon zmienia się w odłogi
I gdzie podniosłe człowieczeństwa znamię
Od razu zaginęło w jednej krwawej plamie.

»Bracia! — wyjęknie — nie krew, tylko miłość...!«
I jednem słowem szaleńców uśmierzy...
Z oczu im zniknie ta dzika opiłość,
Która zniszczenie naokoło szerzy...
»To pan z Rudawy, co z chłopem w zażyłość
Poszedł braterską — dobrze — widno, radzi,
Posłuchać słowa brata, juści, nie zawadzi«.

I posłuchali... Lecz z tłumu wyłoni
Taki się jeden, co nie »ślepym mieczem«,
Ale był ręką: zgrzytnął, dobył broni
I ze szwargotem: — »o, my nie upieczem,
Swojej pieczeni, gdy zawładną — oni!«
Wymierzył prosto w Rudawskiego serce,
W to serce, co z miłością nie było w rozterce.

I padł Rudawski i dziś — lata płyną
I mnie już dawno posiwiały włosy —
Nad grobem jego wieczorną godziną,
Gdy cichy wietrzyk z traw otrząsa rosy,
Samotna wierzba chyli głowę siną
I szumi, szumi pieśń o tej potędze,
Co brata dostrzedz w chłopskiej umiała siermiędze...


Grafika na koniec utworu.jpg