Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
132
JAN KASPROWICZ

Tak samo trzeba światła i powietrza,
Jak panom Artiurom, choć ich twarz jest bledsza«.

I tak się stało, że odtąd pokrzywą
Lud się nie karmił roboczy, dostatek
Chleba żytniego i strawę godziwą
Zawsze miał doma, nawet mięsa płatek,
A w życia swego chwileczkę szczęśliwą,
W dzień chrztu lub godów mógł zabić i wieprza:
Tak jemu naraz dola zaświeciła lepsza.

Gdy między braćmi wynikną niesnaski,
Gdy sąsiad zelży lub skrzywdzi sąsiada —
»Bracia jesteście!« — wykrzyknie Rudawski —
»Wszak się sąsiadom waśnić nie wypada«.
I słowa jego, jak słoneczne blaski,
Braciom wnet lica rozpogodzą gniewne,
I sąsiad złe naprawi tej chwili napewne.

Zdarzy się nieraz, że we wsi ktoś chory,
Spieszy z pomocą, jak posłaniec boży;
Zanim z mieściny przyjadą doktory,
Sam wnet opatrzy, sam okład przyłoży;
Nawet do posług najniższych tak skory,
Jak gdyby życie przepędził w szpitalu —
Widocznie miłosierdzie miał w każdziutkim calu.

»Ludzie — tak mawiał — równi z przyrodzenia;
Zwykły najemnik, książęta wyniośli
Z adamowego wyszli pokolenia,
Jak z pnia jednego pęki latorośli...
Ale światłości potrzeba strumienia,
W żywej nauce trza skąpać rozumy,
By chłop, że równy panu, poznał czar tej dumy«.

I murowaną wnet szkołę wystawił,
I dzieciom chłopskim książkę w rękę wciska,