Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
107
NA ROZDROŻU

Tem silniejsza, że była spokojną;
Czysta, biała, jak pierze łabędzie
I łagodna jak obraz anioła:
Szał nerwowy i rozpacz ponura,
Pochylona, wybladła i nikła,
Której ojcem jest romans francuski,
Serc ich sztuczną nie dręczyły wojną.
On był tragarz, na spichrz dźwigał wory,
Czyścił zboże i popychał wózki,
Ładowane chłopskich łez owocem.
Nie był piękny, jakkolwiek wesoła
Twarz poczciwość zdradzała i serca
Szlachetnego świeciła odbiciem.
Był jej ojcem w tem życiu sierocem,
Był jej sercem, jej duszą, jej życiem.
Każdy wieczór, po pracy, przychodził,
Przyniósł chleba i sera; z zarobku
Grosz odpadły jej dawał — wesele
Mieli za to wyprawić, gdy wiosna
Nową zieleń po ziemi rozściele.
Lecz los, świeżych nadziei odzierca,
Los, co żyto, nim wiążą je w snopku,
Tłucze gradem i kwiaty, nim spłoną
Barw słonecznych rumieńcem, podepce,
Bez litości w to szczęście ugodził...
Zawitała znów dola żałosna:
On, pod twardym naciskiem ciężaru,
Padł i życie zakończył w szpitalu;
Jej z chwilowej słodyczy i z czaru,
Co wypełniał nadzieją jej łono,
Pozostała li gorycz, złudzenie,
Jutra straszna niepewność i żalu
Łzawy potok, tłumiony gwałtownie,
Za dobytek, dzieciątko w kolebce,
Wstydu krwawe, zapalone głownie,
I pobożna pogarda — za mienie.