Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
106
JAN KASPROWICZ

Na zmierzwionym łzą i krwią zagonie,
Podciął ojca, zanim dojrzał kłosem.
Matka poszła gdzieś we świat — do służby
Kto wie, jakim świat ją darzy losem,
Już tak dawno, jak nie daje wieści,
Może w troskach nieprzespanych tonie,
Może leje łzy, ode krwi krwawsze —
Świat maluczkich pieszczotą nie pieści —
Może nędze przyszły dla niej w drużby
I złączyły ją z mężem — na zawsze...«

Prawda... Wiosny poranek różowy,
Co jest bytów rozwiciem, jest śpiewem,
Łechtającym tajemną głąb duszy,
Że się dusza, jak harfa, rozgrywa
W takt namiętny, rozkoszny, a zdrowy,
I ją owiał serdecznym powiewem.
Toć zwierz w polu i ptak w leśnej głuszy,
Robak w ziemi, ze stworzeń najlichszy,
Wskróś odczuwa wpływ słońca i wiosny,
Wskróś za słońcem i wiosną się zrywa,
Łącząc w płodny się sojusz miłosny...
Miałbyż człowiek się oprzeć tej sile?
Nawet nędza, co, jak szatan, wichrzy
W szlachetniejszych popędów harmonii
I szlachetnych na zbrodni pochyłość
Ach! tak łatwo posuwa — co w toni
Obojętnych wyrzeczeń zanurza
Ludzkich pragnień potężne okręty,
Nie powstrzyma miłości w zapędzie,
Nie pochowa natury w mogile:
Tak potężną w człowieku jest miłość,
Rozbudzona tak silną natura!...
Więc i szwaczka, rozkwitłszy jak róża,
Strojna w wszystkie młodości ponęty,
Skosztowała rozkosznej uciechy.
Miłość była spokojna i zwykła,