Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
105
NA ROZDROŻU

Ile serc tu zdeptanych pogardą!
Może z ludźmi podzielić się skargą?
Dla niej ludzi nie było na świecie.
Któż z nich patrzy na brata lub siostrę,
Gdy na bracie lub siostrze rupiecie?
Często raczej godziły w nią ostre
Salonowych anielic wyrzuty,
Tak niezgodne z różowaną wargą,
Że chlamidka niedosyć jest grecką,
Trochę nazbyt zapiętą do góry,
Że haft jakiś niedosyć zesnuty...
I swawolną nieraz czuła rękę,
Gdy na pańskie, rozpieszczone dziecko
Przymierzała jedwabną sukienkę,
Za to złoty — to w sam raz dziewusze!
Trzeba cnocie silne stawiać mury:
Zbytki rodzi zarobek nietrudny,
A w zbytkownej życia zawierusze
Jakżeż łatwo paść, gdy droga ślizka;
Gdy występku obraz tak jest złudny,
Jakżeż łatwo piekielnymi śluby
Na wiek wieków złączyć się z występkiem!
Inni znowu, którym serce ściska
Widok nędzy, przyodzianej strzępkiem,
Cóż pomogą swojemi rachuby,
Gdy wieczyste ze życiem zapasy
Na czynniejsze nie pozwolą wsparcie,
Prócz na ciche, milczące współczucie?
Więc też patrząc na drżącą z pośpiechu,
Jakby szpilek łechtało ją kłucie,
Gdy sunęła na miasto z robotą,
Skinął głową i westchnął: »biedula!
Szkoda lat tych i szkoda tej krasy!
Szkoda... rychło została sierotą:
Los, co biednych tak smaga zażarcie,
Co w nędz ludzkich lubuje się echu,
Co jak wicher północny wciąż hula