Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
65
Z FLORY SWOJSKIEJ

Tej rozpuśnicy, tej jakiejś niewiasty
Człek zaczął rozum już gubić«
»Hołubić
Pewnie-ć zachciało się, chłystku?!
Dyć-ci, mospanie,
Młodego —
Mówi ksiądz proboszcz — na cnotę nie starczy,
A cóż dopiero w tym razie,
Gdy w grzesznej skazie
Listek po listku
Z duszy — niech mojej aniołowie strzegą —
Jak z drzewa, taka naocznie
Zrywać rozpocznie?!
Dyć cóż, gdy taka zawarczy,
Kiedy z tej mordy, niby z onej dzieży,
Psie kły wyszczerzy?!...

Ba, wiesz: czy z Walkiem było tu inaczéj?
Też go urzekła!... Chłop się jej zaleca,
Kiejby niespełna rozumu; nie baczy,
Że mu się tatłać nie dadzą,
Że radzą
Ludzie mu dobrzy: »Walochu!
Od tego pieca
Co prędzéj
Odejdź, ha! odejdź, bo pewno się sparzysz!
Służyło w mieście to owo,
A tam niezdrowo —
Mówią — po trochu,
A tam tak palą, że na kawał jędzy
Każdą dziewczynę wysuszą!
Nie ujdziesz z duszą —
I cóż tak ważysz?
Lepiej się w kamień na drodze odmienić,
Niż z taką żenić!«

»Znam-ci ją, rzecze, od samego dziecka,
A w niej żadnego-m nie widział feloru...«