Strona:PL JI Kraszewski Stara panna.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W powrocie do domu zaczął wykładać teorję swą złotego wieku, epok pasterskich i rolniczych, w których szczęśliwa ludzkość złota i żelaza nie znała.
— A czemże kosili i żęli, jeżeli nie znali żelaza? — zapytała panna Stratonika żartobliwie...
Na to zagadnienie podstępne, podczaszyc odpowiedział ogólnikami, które dowodziły, że — niebardzo się nad tem wprzód zastanawiał...
Po wyjeździe z Mazanówki gościa długi czas potem rozpowiadano o tym popisie i o jego dziwactwach... Przyjętą było rzeczą, że miał bzika, lecz że łagodnym był, i nikomu złego nic nie robił — nie obawiano się go...
W czasie następnego mięsopostu nadzwyczaj był liczny zjazd gości w Mazanówce, i od niedzieli do popielca, z małemi przerwawi, do upadłego tańcowano.
Panien z sąsiedztwa przybyło dużo... Nie wymagano naówczas na wsi strojów kosztownych, ubierano się, szczególniej panny, jaknajprościej, lada sukienka świeża, wstążka jasna, kwiatki we włosach starczyły.
Tym, co się nosili po polsku, dosyć było pójść do kufrów i szaf dziadowskich, a kontuszów i żupanów spróbować, popuścić ich lub zwęzić, bo każdy był robiony na wyrost, na przypadek nabrania tuszy lub, uchowaj Boże, schudnienia.
Z jadłem i napojem nie wybredzano też, a muzyka, pożal się Boże, była hałaśliwa, do serca przemawiała. Ochota, gdy się wzięła w niedzielę, rosła, potężniała aż do północy z ostatniego wtorku na popielec. Sledź dopiero wniesiony — kończył te saturnalja wiejskie.
Pomiędzy pannami występowała też, więcej może dla utrzymania pewnego porządku, niż dla trzpiotania się jak one, panna Stratonika.
Nie widać było z jej twarzy, ażeby ją to bardzo animowało i bawiło, ale się zwijała zręcznie i, choćby chciała, uwolnić się nie mogła...
Bywał naówczas często w Mazanówce, dla interesów prawnych wzywany, niemłody już kawaler, rejent Odryga. Mały, czupurny, z włosem do góry, z zębami zawsze na wierzchu jakoś widnemi, bo nie umiał nigdy całkiem ust zamknąć, Odryga, mający lat pod pięćdziesiąt, z czupryną już siwą, niepomiernie był żywym i wesołym.
Nie puszczał się już w taniec, chyba go na psikus panna która wyciągnęła, ale stał za tańczącymi, nogami tupał, wąsa kręcił i drugim ochoty dodawał. Był to pono jedyny człowiek, który pannę Stratonikę znajdował hożą i miłą.
Nie mógł, jak powiadał, pojąć tego, że się nikt do niej nie garnął.
Śmiano się z niego.
— A czemu się sam nie posuniesz? — mówiono mu.
— Gdybym był o dziesiątek lat młodszy — wołał, pięścią się bijąc w piersi — ani chwili bym się nie namyślał. Jak Boga kocham! jak zbawienia pragnę. Młodzież oczów nie ma! To perła jest!
Czy panna o tym swym czcicielu i obrońcy wiedziała, trudno odgadnąć, gdyż Odryga komplementów jej nie prawił — i trzymał się z wielkim respektem zdaleka...
Tylko przed mężczyznami dosadnie, jak to naówczas uchodziło, wyrażał swą admirację.
— Jak łania — mości bzdzieju — co to za ruch, jaki majestat! fiu! Te inne przy niej jak chrząszcze wyglądają.
Gdy po kilku kieliszkach był w dobrym humorze, naówczas jeszcze wyraziściej malował wrażenie, jakie na nim dojrzała panna czyniła.
Wypominano przy nim naumyślnie jej jezusowe latka, na co gniewnie odpowiadał, że naprzód metryka ta była fałszywa, a powtóre, iż panna za lat dziesięć jeszcze młodsze zakasuje. Bo to jest taka, panie, natura, że ona zestarzeć się nie może.
Upartym był Odryga.
U państwa podkomorstwa, poznawszy podczaszyca, rejent, który dlań był z uszanowaniem, zyskał sobie jego względy. Lubił go podczaszyc i chętnie się z nim wdawał w rozmowy. Bawił go swemi konceptami Odryga, ale oczywiście przed nim panny Stratoniki nie zalecał.
W czasie zapust, już na ostatni wtorek, wcale niespodzianie, zjawił się i podczaszyc, który w domu się nudził. Nie brał on zbyt żywego udziału w zabawach, do tańca kontuszowego nie porywał się, stał zdala przypatrując się.
Otóż trafiło się tak, że panna Stratonika tuż do mazura zamówiona, niedaleko się umieściła, tyłem zwrócona do podczaszyca, przy którym miejsce adjutanta zajmował rejent, już po dobrych kilku kieliszkach, tupiący nogami, wbrew taktowi.
Miała tego dnia na sobie suknię papuziego koloru, pąsowemi wstęgami strojną, we włosach ciemnych kwiat granatu, na szyi korale. Było jej z tem wcale pięknie i do twarzy, a widok ten zaanimował Odrygę...
Wskazał podczaszycowi palcem na nią i cmoknął.
— Ut sic!
Panicz skrzywił się, schylił mu do ucha i szepnął:
— Stara panna!
Nie obrachował się z głosem, bo choć niby powie-