Strona:PL JI Kraszewski Stara panna.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakich złoto trzymać zwykł był podkomorzyc — i pojechał.
Lecz tak go to za serce jakoś ujęło, tak się czuł wdzięcznym i rozczulonym dla podkomorzego, że od tej pory, on co u nikogo zgoła nie bywał, coraz częściej zaczął bez ceremonji do Mazanówki w różnych porach przyjeżdżać i poufale przestawać z podkomorstwem.
Prawie przy każdej takiej wizycie bywała na pomoc wzywana panna Stratonika, i wcale się z podczaszycem nie ceremonjowała, ale on, mimo wielkiej dla wszystkich grzeczności, na nią nie patrzył, unikał jej i niemal wstręt jej okazywał; na co ona bynajmniej nie zważała. Nie śmiała mu się wprawdzie w oczy, lecz gdy odjechał, czasem sobie z niego podżartowywała.
Nie można było zaprzeczyć, że przy swej przybranej powadze, nasępionej minie, manierach wyszukanych, czasami podczaszyc niezmiernie śmiesznym bywał. Raz szczególniej okazał się nim do tego stopnia, iż, gdyby nie nakazana gospodarzowi zręczność i względność, boki zrywać trzeba było.
Mówiło się o tem wyżej, że z fantazji pańskiej przyszło mu do głowy samemu pracować w ogrodzie i próbować nawet grabienia, koszenia i żęcia. Mówiono o tem oddawna, ale nikt wierzyć nie chciał.
Raz, gdy się już zupełnie spoufalił z podkomorstwem i wyszedł z niemi czasu kosowicy i żniwa za dwór ku polom, spoglądając na wieśniaków, zajętych robotą, podczaszyc wyraził się, jakby mu to mimowolnie z ust się wyrwało:
— Dosyć że te chamy nic z gracją robić nie potrafią! Jak to się obraca ciężko! Co za ruchy, gdy to samo możnaby daleko zręczniej i milej dla oka wykonać!
Panna Stratonika zaczęła się, słysząc to, śmiać głośno.
— Niestety! — rzekła — my nietylko z większą gracją, ale całkiem nie potrafilibyśmy dokazać tego co oni.
Podczaszycowi oczy zaświeciły.
— Bardzo przepraszam! — rzekł — bardzo przepraszam...
— Któż? może pan? — zapytała, ciągle śmiejąc się, panna.
Podczaszyc zwrócił się ku niej z ukłonem, ręką chudą wskazał na pierś i rzekł serjo bardzo:
— Tak... ja...
Śmiała się jeszcze panna, gdy podczaszyc skinął na swego kamerdynera, który zawsze zdaleka mu towarzyszył i rozkazał od jednego z kosarzy przynieść kosę.
Stali wszyscy w niemym podziwie, gdy służący otartą sianem i błyszczącą kosę podał panu swojemu, który ją z wielką uwagą rozpatrywać zaczął.
Z jakiemś namaszczeniem i uroczystością, minę nastroiwszy poważną bardzo — podczaszyc odpiął szpadkę, którą miał u boku, i oddał ją, razem z kapelusikiem kamerdynerowi do trzymania.
Zakasał potem koronkowe mankiety, stanął w postawie wymuszonej, jakby menueta miał tańcować, kosę ujął z wielką gracją w ręce, nachylił się nad bujną trawą i — począł w istocie kosić.
Chłopi, będący przy robocie niedaleko, zaczęli się, mimo krzyku ekonoma, zbiegać dla przypatrzenia temu osobliwszemu widowisku... Było w istocie na co patrzeć, bo podczaszyc nietylko kosił mistrzowsko, nie zostawiając nigdzie trawy, zrzynając ją równiuteńko, składając pokosy z matematyczną ścisłością linij, ale ruchy jego były malownicze, teatralne i kosząc, zdawał się spełniać coś nadzwyczaj uroczystego.
Podkomorzemu i całemu towarzystwu to zniżenie się wielkiego pana do tak ordynaryjnej, chłopskiej roboty, wydawało się czemś tak monstrualnem, tak poniżającem — i to jeszcze wobec chamów! że nawet panna Stratonika śmiać się przestała.
Podczaszyc, po niejakim czasie z tryumfem na twarzy, podniósł kosę, sparł się na niej w teatralnej pozie i — spojrzał na oniemiałych widzów.
— Widzicie państwo — rzekł — że te czynności, które człowieka do natury zbliżają — mogą się odbywać, nie poniżając go... Natura! tak! natura!! oddaliliśmy się od niej i straciliśmy poczucie piękności w spółkowaniu z nią... w złotym wieku odbywało się to inaczej....
Wykrzyknika tego, na pół po francusku — nikt nie zrozumiał. Podkomorzy minę miał pełną politowania. przekonanym będąc, że istotnie podczaszyc dostał bzika...
On zaś tak był jakoś rozmarzony tem zbliżeniem do natury, iż oddawszy kosę, kazał sobie podać sierp i z równą gracją ruchów wziął kilka garści...
Włościanie z początku się śmiać chcieli, bo sądzili, że się okaże niezgrabnym, ale — gdy dowiódł im, że w istocie kosić i żąć umiał, spoglądali nań oniemiali i z respektem...
Okazawszy pannie Stratonice, iż nienadaremnie chamów niezgrabnymi nazywał, podczaszyc kazał sobie podać szpadę, przypiął ją, kapelusik wziął pod pachę i zbliżył się znowu do towarzystwa, wzruszony widocznie tym popisem publicznym...