Strona:PL JI Kraszewski Stara panna.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tymczasem powóz ów zbliżył się i poznać już było można, modny naówczas, choć po wsiach nieznany karykl, parą końmi w chomontach angielskich, suto srebrem przyozdobionych, ciągniony. Na koźle siedział sam podczaszyc, on to bowiem był, wystrojony francuską modą, w płaszczyku o dziesięciu kołnierzach narzuconym dla pyłu i chłodnego wiatru... Powoził on bardzo zręcznie, a za nim, wyprostowani, poważnie, z rękami na piersiach pozakładanemi, z minami nasępionemi siedzieli woźnica i kamerdyner.
Ponieważ wszystkich w sąsiedztwie znano, łatwo się było domyśleć kogo pan Bóg dał.
Podczaszyc wysiadłszy nawet się prezentować długo nie potrzebował. Dla oczów nienawykłych do francuskiego stroju, bo po wsiach mało go widywano, chyba w niewielu pańskich dworach — wyglądał śmiesznie ów kuso ubrany jegomość. Frak miał aksamitny w prążki, z guzikami wielkiemi, na których za szkłem widać było malowane motyle, muchy i różne owady. Pod nim jedwabiami haftowana bogata kamizola, z łańcuszkami od zegarków i dewizkami od nich, otwarta na piersi, przepuszczała wyglądający z niej koronkowy, buchasty żabot, ponad którym ogromna biała chusta szyję obwijająca, sztywnie ją do góry trzymała.
Na nogach miał pantaljony żółte i buty z lakierowanemi sztylpami... Na głowie bardzo misterna peruczka upudrowana, zastępowała kapelusz mały, który trzymał pod pachą. U boku miał szpadkę z rękojeścią ozdobną z perłowej macicy i bronzu, ale cieniusieńką tak, jak gdyby nią na komary miał polować...
Podczaszyc, mimo wyświeżenia nie był już świeżym, twarzyczka nieszpetna, wygolona, gdzieniegdzie marszczkami się zaczynała okrywać. Wyraz jej był zadumany, do zbytku wymuszenie serjo, dumny nieco. W oczach miał coś dzikiego i ostrego...
Podkomorzy przyjął go bardzo uprzejmie, ale bez zbytnich czołobitności, bo się kłaniać nisko nie zwykł nikomu.
Poprowadzono go do pokoju, gdzie rozmowa, z początku nader trudna, szła jak po grudzie. Podczaszyc do niej dużo francuszczyzny mieszał, więc gospodarz na pannę Stratonikę skinął, aby w sukurs przybyła.
Niewiele to pomogło, gość był smutny, ciężko mu jakoś szło, i kawy się napiwszy, grzeczności kilka powiedziawszy, wkrótce odjechał.
Odwiedziny te zdumiały wszystkich, tylko jeden pan Honory odgadł, że to była przegrywka do pożyczenia pieniędzy.
— Nie wypadało mu przy pierwszej znajomości z tem na plac wyjechać, ale nie chybi pewnie!
W kilka dni rewizytował podkomorzy landarą w cztery konie, przyjęty, jak powiadał, bardzo mile i grzecznie, zmuszony cały ogród oglądać i wszystkie w nim poczynione meljoracje i przyozdobienia.
Ruszał na to ramionami, bo się nie znał na owych ogrodach modnych i śmiesznemi je znajdował, fan tazjami pańskiemi nazywając.
Minęło trochę czasu, aż podczaszyc o tej samej godzinie co pierwszym razem, karyklem tym samym, tylko we fraku innym, jaśniejszej barwy, przybył znowu.
Sam na sam z podkomorzym zostawszy na chwilę, jak on odgadł zawczasu, z niemałem zakłopotaniem w istocie zgłosił się o pożyczkę tysiąca czerwonych złotych. Przyszło mu to z trudnością wyjąknąć, ofiarował oblig intabulowany i procent jakiegoby podkomorzy żądał.
Pan Honory, który musiał zawczasu informacyj zasięgnąć i o stanie interesów i o człowieku, chwilkę tylko namyśliwszy się, rzekł:
— Nie zwykłem ja pożyczać na lekko, bom grosza się ciężko dorabiał — trudem, sąsiad sąsiadowi, gdy może wygodzić, powinien. Dam panu podczaszycowi czerwonych złotych obrączkowych tysiąc, ale pod jednym warunkiem.
Przybyły gość, który się pewnie ciężkiej klauzuly spodziewał, spytał — pod jakim?
— Oto, abyś mi pan ani obligu żadnego nie dawał, ani kwitka, ani mnie intabulował na dobrach, dam na słowo jego... na rok i na piąty procent...
Podczaszyc się zarumienił mocno, zawahał trochę, zmieszał i począł za ręce ściskając dziękować... Zabrał tedy z sobą woreczek opieczętowany zielony, w