Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Potrzeba było jechać do miasteczka, gdzie mógł czatować pan Ernest, tak chciwy awantury... Rachował na to pan Zenon, że po dwu tygodniach przecież na czatach ciągle stać nie może... Dwóch silnych parobków wsadziwszy na kozioł obok siebie, nie zajeżdżając nigdzie tylko wprost do kniazia, nic mu zagrażać nie mogło...
Potrzeba było choć aprobować wyrwać się z téj toni...
Dżdżysty dzień wybrawszy umyślnie, z eskortą swą, acz nie bez strachu, Gryżda przedsięwziął wyprawę...
Takim ludziom, jak kniaź Bezdonow, przyznają „szeroką naturę“. W nim szczęściem rozpościerała się ona nie w zwykłym kierunku bezmyślnym a bezbrzeżnym, ale, przy wielu wadach lekkiego wychowania, miała w sobie cechę szlachetną.
Wprawdzie kniaź lubił wesołe towarzystwo, kobiety, nawet karty, nadewszystko elegancyą; ale był to człowiek nie cierpiący nic trywialnego, gminnego, brudnego.
To upodobanie w rzeczach pięknych, jasnych, rozciągało się u niego i do strony moralnéj. Cześć i dobra sława przedewszystkiém. Serce miał także szerokie, aż nadto miękkie może; lecz honor stał na straży, aby go ono za daleko nie zaprowadziło. Powszechnie lubiony i szanowany, nie miał prawie nieprzyjaciół, ale wielu zawistnych, którzy mu za złe mieli, iż go nadto kochano.
Dom, zajmowany przez kniazia, był prawdziwém cackiem. Niegdyś, w szczęśliwszych czasach młodości, na wielkim wychowany świecie, Bezdonow miał smak dobry i poczucie piękna.
Trochę nad możność swą, lubił elegancyą we wszystkiém, lecz na partykularzu ograniczył się z musu tém, co się pod ręku znalazło. Wszyscy zresztą chętnie i z serca, znając gust jego, przysługiwali mu się témi cackami, które tak lubił.
Gryżda, dotąd zwykle przyjmowany w kancelaryi, trafił na dzień, który kniaź z przybyłym ze stolicy krewnym przepędzał w salonie. Tu go więc przyjął.
Pokój był ślicznie ustrojony, świeży, błyszczący, pełen obrazów, bronzów, porcelany i mebli wytwornych. Bezdonów dosyć kwaśno przyjął gościa, dla którego nie taił się z pogardą.
— Przybywam z interesem.
— A to się rozumie — przerwał książę — bo cóż byś pan u mnie robił?
— Z prośba...
— Słucham.
— Córka małoletnia wyłamała mi się z pod ojcowskiéj władzy i opieki, dano jéj przytułek — rzekł Gryżda. Muszę księcia prosić o pomoc, abym ją odzyskał...
Bezdonow, słuchając, przygotowywał sobie cygaro i siedziéć nie prosił — Gryżda stał przy drzwiach.
— Czy pan masz co do zarzucenia postępowaniu córki? — odparł Bezdonow. — Dom, do którego się schroniła, jest ze wszech miar zacny; nie widzę powodu, dla czego-by tu urząd i prawo miało się wtrącać. Gdyby chciała za mąż wychodzić bez pańskiego pozwolenia..
— Ależ dziecko należy do ojca! — zawołał Gryżda...
— Nie wiemy powodów oddalenia się z domu rodzicielskiego — wtrącił Bezdonow obojętnie — a przyznam sto panu, że sława, jakiéj używasz... opinia o nim ogólna dozwala przypuszczać, że raczéj córka, nie wy macie słuszność... Musieliście od niéj wymagać rzeczy nieznośnych dla delikatniejszych uczuć panienki.
Gryżda ruszył ramionami.
— Między ojca a dziecko nikt się wdawać nie ma prawa — rzekł — mnie się zdaje...
— Mnie się zdaje — podchwycił Bezdonow — że ja panu pomocą być w tém nie mogę, no i nie chcę. Daj mi pan pokój! zapozywaj Sędzinę, jeśli chcesz...
— Mości książę... — zaczął Gryżda.
Bezdonow, krzywiąc się, zapalał cygaro.
— Ja się w tę sprawę wdawać nie będę — dodał Kniaź. — Tyłeś pan nabroił, że wszystko złe na niego przypuszczać można.
— Za pozwoleniem oparł się