Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 04.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gdyby był szlachcic! rzekł kiwając głową.
— Zmiłuj się kochanie, odpowiedziała żona, a ja nią nie jestem!
— To też to jedyna wada Asani dobrodziejki, uśmiechając się grzecznie odparł potomek Massagetów.
Ludwika ruszyła tylko ramionami.
— Ale on musi być szlachcic! zawołał poprawując się pan Bal, brzmienie nazwiska, piękne rysy twarzy, charakter nawet rycerski dowodzą tego niezbicie. Szukałem go w Niesieckim, nie ma to prawda; ale ten Niesiecki bałamut, bałamut! tyle poopuszczał; byle kto Jezuitom nie świadczył, za rękaw go chował.
— Mój Erazmie, przerwała pani Balowa, szlachcic czy nie szlachcic, zdaje mi się że go Lizia kocha.
— Znowu bez pozwolenia! rzekł kupiec załamując ręce. Staś tak sobie pozwolił sam, i ona go naśladuje? Do czego to świat przyjdzie? Porządek społeczny zachwiany, nawet w rodzinach już jest nasienie nieposłuszeństwa. Okropna przyszłość dla Europy!
Nie przeciwiąc się wcale, pani Balowa ruszyła tylko ramionami.
— Ty pozwolisz jednak? odezwała się, jestem tego pewna, oni się kochają, ona z nim będzie szczęśliwą.
— Pozwolisz! juściż muszę, kiedy się już pokochali, z komiczną powagą rzekł ojciec, ale to... ostatni raz!!
— Spodziewam się, bo ich więcej nie mamy.
— Mówię to na przypadek wnuków! dodał kupiec.
Tak więc to co się zdawało niepodobieństwem, małżeństwo Lizi i Strumisza, wyjednanem zostało przez matkę z największą łatwością. Zresztą zbliżające się ożenienie Stanisława jak najlepiej dogadzało teraz przyszłemu urządzeniu się całej familji. Ojciec zawsze za-