Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 04.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


poczciwy kupiec, chyba to, że wszystkim służyć musiał, z czego nadzwyczaj był szczęśliwy!
Zresztą złote jabłko, jak większa część złotych jabłek świata tego, codzień się stawało kwaśniejszą gniłką. Ale los zawsze czemś wynagradza przez ludzi wyrządzone krzywdy. Chociaż hrabia na śmiertelnej pościeli nie miał czasu obrachować się z panem Balem i krzywdy mu wyrządzonej odpłacić; przestrach Hubki który zrzekł się i procesu Mylińskich i sam dobrowolnie ofiarował się dla świętej zgody na nowo przerobić układ o dyferencją, z czego Parciński zaraz skorzystał, — poczęści straty poniesione nagrodził. Z Mylińskiemi ukończono zgodnie za nie wielką sumę, a połowa dyferencji zostająca przy Zakalu, polepszyła nieco stan tego majątku.
Wprawdzie nie przestały wiejskie zwyczajne kłopoty obsiadać pana Bala, który poznawał że prawdziwe złote jabłka tylko w raju rosnąć i dojrzewać mogły, ale z temi powoli się, oswajał i mniej mu już były straszne, gdy lepiej swe położenie poznał. Zakale powolnie urządzając się, nieco większe poczęło dawać dochody, które zawsze jednak nie odpowiadały wyłożonym na nie kapitałom. Tymczasem handel pod okiem Strumisza w Warszawie za wszystko starczył, bo szedł nadspodziewanie szczęśliwie, a kupiec poznawał codzień lepiej, że Janowi był winien ocalenie majątku i cały byt swój materjalny.
Skłonny do przywiązania, do egzaltacji nawet, pan Erazm wynosił teraz talenta i poczciwość Strumisza tak wysoko, że pani Balowa odważyła mu się szepnąć nareszcie nieznacznie o Lizi i o nim.
Bal mocno się zastanowił.