Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakkolwiek niezmiernej łagodności i dobroci często zbytecznej był proboszcz, na ten raz za użycie tak niegodne domu Bożego niezmiernie się rozgniewał, znalazł w ewangelii dnia tego słowo o poszanowaniu kościoła i wstąpił na kazalnicę z gromem oburzenia na ustach.
Była to niemiła dla sąsiedztwa niespodzianka, a nauka tak zresztą miała cel wyraźny, że się na jej znaczeniu omylić było niepodobna. Podsędek odwrócił głowę od ambony, nosem zwijał, tabakę zażywał ale się na prawdę gniewał.
— Noga moja nie postanie u proboszcza, rzekł do żony, w nie swoje rzeczy się wdaje! To są osobistości! Wykurzym go tego intryganta!
Nabożeństwo skończyło się zresztą jak zwykle i państwo Balowie przeczekawszy wszystkich, od nikogo nawet skinieniem głowy nie powitani, gdyż każdy udawał że ich nie widzi, wyszli nareszcie smutni z kościoła. Zwykli goście którzy zawsze u proboszcza śniadali, pojechali wprost do domu z żalem od niego, tak że na probostwie jeden był tylko Jaś Pancer.
Proboszcz chodził ciągle w oburzeniu jeszcze, poruszony i tem więcej rozdrażniony, źe nie miał na kogo zaraz wylać gniewu swego.
— A to skaranie Boże z tymi ludźmi! mówił do jedynego swego gościa, który zajadał smaczno tymczasem. Oni sobie świątyni pańskiej używają na igraszki! Chrystus Pan wypędzał z niej kupców, a cóżby powiedział żeby zastał intrygantów! Doprawdy nie warto być dobrym, oni sobie myślą że im na wszystko pozwolę. Tak! róbcie ze mną co chcecie, ale od kościoła wara!