Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyszłemu teściowi.
— Przyznam się panu dobrodziejowi nawet, że na przyszłą niedzielę osnuliśmy maleńki programat, dodał podsędek zażywając tabaki, nie robię sobie z niego chluby, bo to rzeczywiście koncept mojej żony.
— No! cóż to takiego?
— Wiesz pan, że zwykle przybywając do kościoła Balowie, chcą się odróżnić od wszystkich, by nie zmięszać z tłumem. Damy im nauczkę. Pani idzie przed wielki ołtarz i tam się rozsiada. Moja żona dobrała już starą żebraczkę i młodą ślepą dziewczynę, które ma umieścić na krzesełku pani Balowej. Przed kratą ustawim rzędem ubogich, żeby nawet klęknąć gdzie nie miała. Ławki będą zajęte, my wszyscy postanowiliśmy ich nie widzieć, nikt im miejsca nie zrobi, niech idą do kruchty! A co?...
Pan Teofil z przykrością się uśmiechnął, ale nic nie odpowiedział, a podsędek narozprawiawszy szeroko, rad z siebie niezmiernie, odjechał nareszcie całą znowu drogę układając przyszłe opowiadanie o rozmowie swej ze Zmorą, o środkach które na pokonanie go używać musiał i t. p.
W Zakalu spokój chwilowy panował, gdyż spisek sąsiedzki jeszcze tam był nie doszedł, postrzegał tylko pan Bal, że ani Dankiewiczowie, ani nikt z sąsiedztwa dotąd go nie odwiedzili i dość mu to było przykro, ale zmowy żadnej nie przypuszczał, nie czując się do winy. W następującą niedzielę wedle zwyczaju zebrali się jechać do kościoła. Biły dzwony na sumę, gdy sanie zaszły przed skromną bramkę, cała rodzina weszła razem, a pani Balowa swoim zwyczajem posunęła się wprost na zwykłe miejsce.