Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szę trzpiot! Drżałem na samą myśl takiego towarzystwa dla mojej córki! Jakeśmy się tylko dowiedzieli że u nas być mają, uciekliśmy z domu, a mnie to na co? Dankiewicze ich przyjęli, ale teraz słyszę żałują. Łączą się z całem sąsiedztwem, postawiwszy się przez nierozwagę na fałszywej pozycji. Teraz mówmy jeszcze o najważniejszem... pan już u nich nie będziesz?
— Daję panu słowo.
— Stokrotne dzięki!... nikt z nas ich nie przyjmie i u nich nie postanie... Hubka nawet, choć ma interesa, będzie szedł drogą procesu. Potrzeba nam ich ztąd wykurzyć!
— To może być przytrudne, rzekł Zmora, a nuż się uprą siedzieć na złość?
Hurkot się uśmiechnął i brwiami poruszył, co u niego zawsze obiecywało wiele.
— Na to są sposoby! Nie zrobim nic za coby do nas przyczepić się mogli, nic wyraźnie... ale wszędzie znajdą obojętność twardą, nieubłaganą, na każdym kroku przeszkodę, nigdzie pomocy, z nikim towarzystwa... Mamy środków tysiące! obejmiem ich kołem żelaznem, licho zjedzą żeby wytrzymali...
Zmora gdyby się był nie obawiał posądzeń, byłby spytał za co to wszystko i dla czego? oburzały go nawet trochę zamiary sąsiedztwa, ale się odezwać nie mógł, trzymając harbuza w kieszeni. Chodziło mu o to bardzo żeby się o nim nikt nie dowiedział, ale zemsta jego tak była gorącą, że przed przybyciem podsędka nawet wpadał już na myśl starania się i ożenienia prędkiego z jego córką... Iluż to ludzi mści się tak na swojej przyszłości za chwilę upokorzenia!
Odpowiedział więc tylko uśmiechem dwuznacznym