Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oczewiście!
— Pani bardzo udaje poważną i wielką rygorystkę, to zły znak; kobiety co sobie mają coś do wyrzucenia, kończą zawsze na przesadnem udawaniu cnoty, której nie miały.
— Głęboka, filozoficzna, wzniosła uwaga, zawołał Hurkot. Co za myśl! co za myśl! A więc jest podobieństwo?
— Przynajmniej niepodobieństwa nie ma.
— I bogaci to luzdie?
— To pewna, że się bogatymi wydają, ale któż wie co w ich worku?
— A w domu?
— O! z pańska! bardzo szumnie!
Podsędek aż pobladł ze strachu.
— Byliby mnie zakasowali! — rzekł w duszy — szczęściem teraz od nich jak od zapowietrzonych uciekać będą.
— A sam Jegomość? mówią że to podejrzana figura? był słyszę jakimś tajnym urzędnikiem?
— Tego nie wiem.
— Trzeba się go wystrzegać! to pewna! Będzie rachował na to że nic nie wiemy! Kto go zgadnie? nasz kątek zawsze stał w opozycji, wiedzą o tem daleko; może go tu umyślnie nasłano dając mu fundusze na kupienie majątku?
Zmora byłby się rozśmiał, ale nadto gnębiło go upokorzenie, żeby w tej chwili mógł się rozweselić.
— A syn? dodał Hurkot, słyszę ponury, tajemniczy, dziki, nieprzystępny!
— Że nie bardzo towarzyski to pewna.
— O córeczkę nie pytam, dodał podsędek, bo sły-