Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak dalece wszystko ma czarną, że ja dotąd najwięcej widzę na świecie rzeczy z obu stron nie białych.
— W wieku pani! zkądże takie rozczarowanie?
— O! wszak pan nie wiesz mojego wieku. Słuszniejbym ja mogła spytać, dodała chytra dziewczyna, zkąd w wieku pana taki zapał jeszcze?
Zmora się zarumienił i rozśmiał, ale bardzo gorżko.
— Odpowiem także, wiesz-że pani mój wiek?
— Co do miesiąca! odparła Lizia filuternie.
— Bardzobym był szczęśliwy, żebym na taką z jej strony zasłużył uwagę.
— Była to prosta ciekawość... uśmiechając się i spuszczając oczki szepnęła Lizia.
— A na obronę mojego wieku, jeśli tak pani dobrze wiadomo, odpowiem, że wedle najlepszych znawców mamy zawsze tyle lat ile się mieć zdajem.
— Mówisz pan przeciwko sobie, odcięła ostro Lizia.
Przycinki stawały się tak żwawe, że pan Zmora choć się śmiał, ledwie sobie mógł rady dać z niemi.
— Dziękuję, rzekł skłaniając się.
— Za co? spytała Lizia.
— Za komplement.
— To nie był komplement przecie.
— Wszystko co wychodzi z ust pani...
— Ostrożnie, będzie to plagjat z dewizki karmelkowej.
— Cóż, kiedy dziś na nic lepszego zdobyć się nie mogę.
— Dla czego dziś? spytała Lizia.
— Bo dziś, dodał pan Teofil zmięszany, przyjechałem z wielkim strachem i wielką myślą.
— I ta myśl, której widzi pan że się nie dopytuję,