Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pojadła jak szczupak żarłoczny wszystkie maleńkie myśli.
— Porównania nastręczyło pani sąsiedztwo Horynia — rzekł Zmora.
— Niech mnie Bóg broni, żebym je poławiać miała w tej smutnej rzece!
— Zobaczysz je pani wiosną.
— Niestety! zobaczę.
— Dla czegoż, niestety?
— Bo coraz mniej wieś lubię.
— A gdyby całe życie przyszło na wsi zamieszkać?
— Jakby to być mogło przeciw woli mojej?
— Naprzykład, gdyby pani poszła za mąż...
— No! to mój mąż zawiózłby mnie do miasta.
— I nie potrafiłabyś się pani pogodzić z naszą wsią spokojną?
— Widzi pan, odparła Lizia, ja jestem spokojna i wieś jest spokojna, jakbyśmy się tak zebrały, to by było nieznośne...
— Pani spokojna?!
— Pan znajduje przeciwnie?
— Ja się tylko pytam.
— Więc pan wątpi?
— Chcę się dowiedzieć.
— A cóż to pana obchodzi jaka ja jestem?
— Mnie! mnie to najmocniej! najmocniej obchodzi! niech pani wierzy!
— Przyznam się że nie rozumiem, ruszając ramionkami odpowiedziała Lizia.
— Bo pani zrozumieć nie chce.
— Ale powiedz mi pan, jak pojąć, jaki może mieć związek...... ja i pan...