Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiadomo wszystkim co w życiu choć raz probowali zakochanych rozmowy, jak im nie wiele do niej potrzeba wątku, spuszczając się jak pająk po niedojrzanej nici w błękity eteru. Kwiatek, pyłek, bijąca godzina, zabłąkany promień, pochmurne niebo, świst wiatru, czyjeś westchnienie, jedno słowo, jeden ruch, bywa tą nicią pajęczą. Chodzi tylko o to, by zacząć, mówi się o czemkolwiek, a aluzje do czegokolwiek przylepione tak się dobrze rozumieją. Powszechnie jedna strona poczyna coraz wyrażać się dobitniej, gdy druga udaje uparcie, że lub nie słyszy albo nie rozumie; czasem odpowie tak dwuznacznie żeby i dać nadzieję i módz ją w potrzebie cofnąć. O! przedziwne to rozmowy, które tylko w strefach między 15. a 27. trafiają się rokiem... późniejszym daleko do tamtych! Chciałoby się nieraz powtórzyć je, ale usta drżą, myśl się zwija, serce nie dosyła uczucia i wiary! Tyleśmy razy kochali! napróżno! rozmowa jak kwiat przesadzony z południowego nieba więdnie i usycha.
— Jak też pani wieś znajduje? spytał po kilku próbach bezskutecznych pan Teofil, koniecznie chcąc dwudziesto-letnią zawiązać rozmowę, co mu się nie udało.
— Dosyć nudną, odpowiedziała Lizia.
— Nie mogę stanąć w jej obronie, ale czekam wiosny.
— Mówiono mi, że w tutejszej okolicy wiosna szczególniej obfituje... w żaby.
— Któż tak nasze Polesie oczernił przed panią?
— Niestety! składało się na to kilka osób, mówiono mi także o komarach.
— No! przeciwko temu ani słowa... ale cóż nie ma czarnej strony?