Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nazajutrz po naradzie ogólnej pojechał do pana Teofila Zmory w poselstwie podsędek, ale go nie zastał, właśnie poleciał był do Zakala, w skutek odpowiedzi przyniesionej przez hrabiego, dobijać targu z Lizią. — Zdawało mu się że mógł mieć trochę nadziei...
Nad wieczór zjawił się wyświeżony, wyszarmantowany, odmłodzony, wesoły i zaledwie się z towarzystwem męzkiem przywitawszy, zbliżył do trzpiotowatego dziewczęcia. Lizia była w tym humorze trafiającym się znudzonym panienkom, pod którego wesołą powierzchnią kryje się nieubłagane szyderstwo. Pastwa przyszła jej w porę.
A że ojciec nie taił przed nią i przed matką ani wczorajszego zapytania, ani swojej odpowiedzi, oburzona tą śmiałością podłysiałego kawalera Lizia, postanowiła dać mu stanowczą odprawę.
Ale filut dziewczyna, nie znalazła się jak inna, coby od razu odepchnęła dumą, oziębłością, i nie dopuściła nawet rzec do siebie słowa, o! nie! uśmiechnięta, na oko wesoła, powitała go wdzięcznie, spojrzała nań z przymileniem, zdawała się wyzywać. Było to niegodziwie, ale proszę pięknym paniom wytłumaczyć, że znęcać się nie mają prawa nad stworzeniem Bożem, które im los dał w ręce! Czasem niektóre z tych ślicznych istotek mają jakiś instynkt koci, i nim połkną myszkę, muszą się z nią niemiłosiernie pobawić. Gniew Lizi na podstarzałego kawalera wywarł się w tej zemście, która miała minkę niewinną, łagodną, przyciągającą.
Pan Teofil doskonale wpadł w łapkę, rozjaśniło mu się lice, wzdęła pierś, zabłysło oko, zbliżył się żywo, a wkrótce ujęty trzpiotowatą Lizi rozmową, coraz pewniejszy siebie, postanowił przejść Rubikon.