Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bliźniego swojego z taką gorączką niechęci mówili, i uszy mi więdły: pozwólcież się odezwać w imieniu sukienki mojej... Co waszmościom w głowie! co wam zrobili ci ludzie? co szkodzą? dla czego wierzycie rozsianym na nich plotkom? A wstyd! wstyd! Coście ich mieli przyjąć po bratersku, to się rzucacie jak dzicy na pastwę, kiedy im burza rozbitków na brzeg wyrzuci. Nie spodziewałem się tego po was, fe! fe!
— A! mieliżeśmy czego słuchać! zawołał podsędek — proboszcz wystąpił z kazaniem... Mości księże! co innego kazalnica, a co innego kanapa!
— Ksiądz zawsze księdzem, panie podsędku.
— Jakto! proboszcz nie widzi że ci ludzie...
— Cóż ci ludzie zrobili? spytał żywo ksiądz.
— Nieznajomi!...
— Wiec nim osądzicie, poznajcie!
— Duma im z oczów patrzy.
— Upokorzcie ich pokorą swoją...
— Dobre to na kazaniu...
— Wszędzie dobre co dobre, odparł proboszcz.
— Więc my winni? w piersi palcem z gestem heroicznym cofając się na jednej nodze zapytał Hurkot.
Dixisti! cicho odparł proboszcz.
Reszta towarzystwa zakrzyczała poczciwego księdza, który uszy zatknąwszy doprawdy, uciekł z salonu do drugiego pokoju; a jakkolwiek występ jego w obronie nieznajomych nie zdawał się czynić wrażenia, ostygli jednak trochę prześladowcy, a przynajmniej ciszej o swoich planach rozmawiali...
Cały świetny wieczór u państwa Hurkotów zszedł na naradach w celu dopieczenia przybylcom, a przystąpienie do związku Dankiewiczów nowe mu siły dawało.