Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Komuż to stosowniej, patetycznie dodał Hubka, jak podsędkowi, pierwszemu u nas w obywatelstwie i tak powszechnie szanowanemu?
Hurkot się nadął i głową tylko skłonił w milczeniu.
— Pan to powinieneś zrobić, zawołał Porfiry nie bez pewnej rachuby.
— Ba! ba! co mi tam leźć w cudze sprawy, nie jesteśmy tak z sobą blizko...
— Wszelako tu o nas wszystkich idzie, to sprawa ogólna! zawrzał Szaławiński... pan powinieneś ratować Zmorę i sąsiedztwo od tego napływu barbarzyńców!
Podsędek rad z ważnej roli którą odgrywał, zastanowił się, zmarszczył i wyrzekł stanowczo:
— Zobaczymy! pomyślim.
Caveant Patres conscripti ne quid Respublica... rzekł po cichu uśmiechając się Jaś Pancer.
Wrzawa trwała ciągle, a że w takim razie im więcej głów, tem większa przesada, osobliwsze potworzono i osnuto plany. Zadziwiająca zgoda panowała między spiskowemi, wszyscy bili na przybyłych, żywa dusza nie odezwała się w ich obronie, uikt nawet uwagi nie zrobił, że niczem nie dali powodu do obawy, wstrętu i prześladowania; że godziło się być ostrożnym, ale nie należało być niesprawiedliwym.
Proboszcz tylko siedzący na kanapie, który podparty na łokciu, słuchał rozmowy z pozorną obojętnością, wstał nareszcie ruszając ramionami.
— Kochani parafjanie, rzekł, proszę o głos!
— Cicho! ksiądz proboszcz mówi! odezwali się wszyscy.
— Słuchałem długo i z bolem serca coście to na