Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szukają stosunków i znajomości z nami, zamknąłem im dom swój.
Te wyrazy wyrzeczone były z tak napuszonem uczuciem, że Jaś Pancer się uśmiechnął w kątku.
— Tak jest! dodał gospodarz — pokazałem im pierwszy, żeby z nami żyć, potrzeba się okazać... chcę mówić, tego godnym...
— Brawo! brawo! zawołał Porfiry w uniesieniu, dawajcie zieleniaka, zdrowie gospodarza!
— Zdrowie gospodarza! powtórzyli wszyscy... kieliszki się napełniły, lice podsędka zaczerwieniło więcej jeszcze, odetchnął z dumą i uczuciem godności, powiódł okiem zwycięzkiem po wszystkich, szczególniej wstrzymując je na Dankiewiczu, którego uważał teraz za jednym zamachem podbitego i upokorzonego przeciwnika.
— Ale bo to śmieszna pretensja, odezwała się cieniuchno i słodziuchno podsędkowa, zaledwie wysiedli, dom chcą wystrychnąć na pałac, i pewni już są że się wszyscy do nich zbiegną. Nie tak to żądni jesteśmy ich objadów jak Sulimowski i Zmora.
— To była widoczna impozycja, rzekł Porfiry, pani podsędkowa uważała pierwszej niedzieli, kiedy weszli do kościoła, jak zaraz zażądali pierwszego miejsca... sama pani poszła aż pod kratki.
— Gdybym była na miejscu proboszcza, żywo przerwała Dankiewiczowa, kazałabym dziadowi odpędzić jejmość cisnącą się pod wielki ołtarz! a co to, ławek im mało?
— We wszystkiem tak, dogmatycznie począł znowu podsędek, w najdrobniejszej rzeczy ta chęć panowania, pierwszeństwo! Za kogoż to oni nas mają, starą tutejszą szlachtę? Co oni sobie myślą? Ha! chcę mó-