Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wkrótce potem Dankiewiczowie, którzy długo trzymali stronę nowo-przybyłych, gdy im Bal odmówił pożyczki pieniężnej, przyłączyli się do spisku siecią już okalającego Zakale.
Sąsiedztwo krzątało się jak nigdy, latali posłańcy, biegały liściki, przejeżdżały się panie, rozmowy zwracały się stale ku temu przedmiotowi i głowy coraz bardziej zapałały.
— Panowie, mówił deklamując podsędek Hurkot do zgromadzonych u siebie gości, potrzeba żebyśmy się w tak ważnej sprawie wzięli wszyscy za ręce! Tu o godność naszę chodzi, o znaczenie... chcę mówić obywatelstwa! Żeby lada przybłęda chciał tu nam pod nosem odgrywać jakąś rolę, imponować, odgrażać się że nas zakasuje i upokorzy, to jest rzecz niesłychana i nieznośna.
— To jest rzecz nieznośna! powtórzył Dankiewicz świeżo przybyły.
— A! to i pan z nami widzę, rzekł zdziwiony podsędek, — niedawno utrzymywałeś stronę tego wychrzty!
— Mogłem się omylić, odparł pokornie Dankiewicz, ale w końcu głos publiczny, widzi pan... powszechna opinja.
— Przysięgnę, odparł po cichu Jaś Pancer do Hubki, że mu odmówili pieniędzy.
— Cha! cha! w gruncie to być musi... odparł Hubka.
— Pozwólcie mi dokończyć, odezwał się oglądając po zgromadzeniu gospodarz, rzecz pozornie mała, ale istotnie wagi wielkiej! Damyż się poniżyć i komu? nieznajomym jakim intruzom? O! co do mnie, na to nie pozwalam. Pierwszy mogę się teraz pochwalić, dałem przykład przyzwoitej dumy... dowiedziawszy się że