Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przesadzasz pan.
— Nie, panie hrabio, mapy świadczą...
Sulimowski żywo odwrócił się do pana Bala, który ust nie mógł otworzyć, tak sobie z tej sceny sprawy zdać nie umiał.
— A! widzisz pan, zawołał z wymówką, na co to naraził pana ten pospiech w nabyciu. Nie byłem wcale przygotowany do sprzedaży, nie postarałem się wcześnie o dokładny opis stanu majątku. Teraz kłopoty spadają na pana. Ale sameś pan winien, na honor! A co mi robi przykrości, to wypowiedzieć trudno.
Parciński o mało się nie rozśmiał. Bal zaś ujęty pozorną szczerością już miał się uniewinniać, gdy plenipotent wrzucił:
— O komplanacji w istocie nic nie ma w tranzakcji.
— Spytaj pan swego pryncypała, odparł Sulimowski, jak się to robił interes, jak mnie naglili, jak mi tchnąć nie dali. Cóżem ja winien?
— Więc żadnego objaśnienia w tej sprawie pan hrabie dać mi nie raczy? spytał Parciński.
Hrabia już wkładał rękawiczki, spiesząc z wyjazdem, brał kapelusz i poczynał się żegnać, ruszył ramionami.
— Nie dziwuj się pan mojej niewiadomości w tej rzeczy, tyle mam na głowie, nigdym o Zakalu bliżej się nic sam nie objaśnił... nie starczyło czasu... miało to z kolei nastąpić, a wtem się sprzedało.
— Upadam do nóg pana.
To mówiąc zręcznie odwrócił się od Parcińskiego, który długie słał za nim wejrzenie, pospiesznie się wycofnął, jeszcze żywiej pożegnał, i nie bez oznaki niecierpliwości wyleciał jakby uciekł.