Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Najchętniej! najchętniej! co mi panowie każecie i o co to chodzi?
— Jest to spór o dyferencją w lesie z Radziwiłłami.
Sulimowski stanął, zamyślił się i podniósł oczy w sufit i zdawał się mozolnie coś sobie przypominać.
— Tak, tak, rzekł, przypominam coś sobie, nigdy tego interesu dobrze nie znałem. Była jakaś kwestja o las, o kawałek, spór! tak, tak! ale dokładnie nie wiem jakiej to wagi rzecz. Hubka mi tem głowę durzył i durzy jeszcze. Nawet mi dał jakiś papier do podpisania, któren w pospiechu nie czytając na wiarę jego poświadczyłem. Miało to być coś zaciągnionego, jakaś formalność do spełnienia.
Przez cały czas tej mowy jednym tchem, ale gdyby nie zbytni pospiech z doskonale odegraną mimiką wypowiedzianej, Parciński z zupełną serją wpatrywał się w twarz hrabiego, rzekłbyś krytyk, co śledzi ruchy aktora.
— Mój Boże, jakąż to pan hrabia nieostrożność popełnił, rzekł w końcu bardzo naturalnie, ale w duchu szydersko Parciński, wszak to była komplanacja o całą dyferencję, którąś hrabia ustąpił Radziwiłłom.
Sulimowski niby osłupiał, niby stanął.
— Co pan mówisz! być-że to może? a proszę, na co to naraża zbytek wiary: tyle mam zajęć na głowie, taki nawał interesów! Nie spojrzałem nawet podpisując.
— A to nie jest rzecz mała, rzekł Parciński, ta dyferencja stanowi dziś główną wartość Zakala.
Hrabia się niedowierzająco uśmiechnął.
— Co pan mówisz? to nic nie znaczący kawałek, szmat lasu...
— Włók kilkadziesiąt!