Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kupiec ukłonił się w milczeniu.
— Niech mi pan hrabia wierzy, rzekł, że czuję się zaszczyconym żądaniem szanownego siostrzeńca pańskiego i umiem mu za nie być wdzięcznym, ale...
Hrabia brwi podniósł, a usta szerokie zaciął, tak że zdało się jakby sobie chciał uszy pozakąsywać.
— Ale — dokończył Bal — moja córka w wyborze będzie zupełnie swobodną. Ja nie myślę jej wskazywać nikogo, czuć się tylko będę w obowiązku pokierować jej wyborem, jeśliby mi się nie zdawał stosowny... Prócz tego jest ona jeszcze tak młodziuchną.
— Cóż mam przez to wszystko rozumieć? spytał wyprężając się poseł.
— Że Lizia nasza jest panią swej ręki...
— A gdyby wybór jej padł na mego kuzyna?
— W takim razie jabym nic nie miał przeciwko temu.
— O to nam chodziło właśnie, lekko głowę schylając odpowiedział hrabia, i za to dzięki składam.
Pan Bal się ukłonił w milczeniu.
Wtem wszedł z plikiem papierów Parciński, na widok którego hrabia schwycił za czapkę i zmięszany począł się zabierać do odjazdu, udając jakoby się nie domyślał że interes może być do niego.
— O chwilkę bym prosił pana hrabiego, rzekł z przesadzoną prawie grzecznością plenipotent...
— A cóż tam takiego? dumnie spytał z góry Sulimowski.
— Mamy tu maleńką kwestją, w której bym, jeśli łaska pańska, chciał się objaśnić...
— I ja bym prosił, dodał Bal, wlepiając w niego oczy chcące zbadać a nie umiejące nic wyczytać z gipsowej twarzy starego procesowicza.