Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zów krajowych, trochę fraszek, dywany, firanki, portjery, obicia, wszystko jak z igły zdjęte wyglądało, doskonale harmonizując z sobą barwą i rysunkiem.
— A! a! jakże to u państwa ładnie, świeżo! rzekł hrabia oglądając się zdumiony, prawdziwie anibym poznał swojego Zakala! co to mogą pieniądze!
— I trochę smaku, — odważył się podszepnąć pan Bal.
— Nadzwyczaj wiele smaku! — dodał hrabia — ale smak bez pieniędzy to tylko męka.
Rozmowa poszła bitym torem oklepanek; wkrótce dano objad, na którem zebrało się zwykłe towarzystwo, dosyć milczące i zimne. W godzinę po nim hrabia i Bal siedzieli w osobnym pokoju.
— Ani się pan dobrodziej domyślasz żem tu przybył w misji dyplomatycznej, uśmiechając się przerwał milczenie hrabia.
— Cóż to być może?
— A! zaraz się to da widzieć! Sulimowski przybrał postawę poważną. Przychodzę, rzekł, w poselstwie od mojego kuzyna Zmory, jest to rodzony mój siostrzan, człowiek któremu gdyby był nawet obcym, oddałbym tę sprawiedliwość, że mało jemu podobnych: pełen charakteru, rozsądny, rządny, z taktem wielkim; majątek nie zły wcale i czysty... Zapewnieście państwo postrzedz musieli, że piękne oczy panny Elizy usiedliły nieboraka...
Bal mocno się zdawał skłopotany i nic a nic nie wesół.
— Prosił mnie, dokończył hrabia po przestanku, żebym tu był tłumaczem jego uczuć, i w imieniu jego zapytał państwa jak jego staranie uważać zechcecie?