Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go nadto znał, żeby jego malowaniu mógł wierzyć, trochę mu wstyd było szachrajstwa jego, a może i miłość własna szeptała, że opinja o hrabi wpłynie na wyobrażenie o blizkim jego krewnym. Radby był się cofnąć z tego o co przed chwilą prosił, ale nie miał sposobu uczciwie zawrócić się, a hrabia im więcej zastraszało go odkrycie wilków zakalańskich (tak się nazywają zatajone w majątkach interesa), tem żwawiej przysuwał się do Balów, okazując że się do niczego nie poczuwa.
Wieczór upłynął dosyć smutnie i nudno, hrabia mówił wiele, cóż kiedy Zmora wierzyć mu nie mógł, potakiwać nie miał ochoty, a zaprzeczać nie chciał: pomrukiwał więc tylko nie bardzo się odzywając. Nazajutrz rano Sulimowski w starym czarnym fraczku, gdyż o ubior nie wiele dbał, wybrał się do Zakala, smutek kuzynka biorąc tylko za naturalną w takim razie obawę. Siadł do powozu dodając mu ducha, i krzyknął jeszcze z niego po francusku:
Allons donc! on ne refuse pas un cousin des Sulimowski! Du courage, ça ira!
Pan Teofil stojąc na ganku pokiwał tylko głową.
— A przeklęty stary szachraju! — rzekł w duchu — że też się nigdy nie poprawisz, ani ci przybędzie wstydu, ani stracisz śmiałości! Wiem teraz z góry, że z tego nic nie będzie, licho mi też nadało chwalić się waszem pokrewieństwem i prosić o protekcją!
Było na kogo winę zrzucić, i to trochę osładzało troski zawczesne.
Hrabia tymczasem jechał do Zakala myśląc przez drogę o swojem położeniu względem pana Bala. Co u licha! mówił, w żadnym razie obwiniać mnie nie mo-