Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zmora, który przygotowywał cygaro z największą pilnością układając rozerwane listki jego.
— No! a jaki?
— Najprzód potrzebaby mnie ożenić z Lizią, raz wszedłszy w familją, pokierowałbym niemi jakbym chciał; bo ludzie naszego położenia towarzyskiego wszędzie rej wodzić muszą... Wydałbym Łucją pewnie za Stanisława.
— No! a czemuż nie docierasz? spytał Sulimowski.
— Staram się ciągle o względy tego kapryśnego dziewczęcia, chociaż zgoła powiedzieć nie mogę, czym je pozyskał. W początku jakoś to szło lepiej. Matka i ojciec przyjmują bardzo grzecznie, Stanisław widocznie odemnie stroni.
— Na cóż czas darmo tracić! oświadcz się!
— Dobrze to mówić. Najprzód sam tego uczynić nie mogę, właśniem jechać miał do Sulimowa prosić hrabiego, żebyś mnie w tem zastąpił. Oni ci odmówić nie potrafią...
Sulimowski rozśmiał się po swojemu szerokiemi usty, a po cichu, pokręcił głową i dodał:
— Ot! jakem ci na rękę przyjechał. Cóż! nie ma czegoby człek z siebie nie uczynił dla familji, pojadę!
Zmora z ukłonem podał mu rękę na znak podziękowania.
— A kiedyż? spytał.
— Choćby jutro!
— Przyznam się, że mi mrowie po skórze przechodzi! Hrabio na Boga ostrożnie! powoli!
— Nie ucz mnie tylko.
— Nie trzeba się spieszyć.
— Owszem trzeba bić żelazo póki gorące, bo potem może djable ostygnąć.