Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O! to nie najlepiej!
Sulimowski odwrócił rozmowę.
— Dobrze, rzekł, żeśmy się niepotrzebnych pozbyli świadków. Mówiłeś Balowi to com ci polecił?
— A jakże! i trzeba było słyszeć jak zręcznie się wziąłem do tego.
— I cóż? oblizał się bardzo!
— Zdaje się; jednak uważałem że i tą razą, choć bardzo wyraźnie im nadmieniałem o synu, nie będzie podobno śmiał jeszcze...
— Jak to? a czegoż u licha by czekał? Czy nie filuterja to z jego strony ta nieśmiałość? Ale nie widzi mi się żeby mógł nie dowierzać nam, lub domyślać się i lękać...
— Wątpię bardzo!
— Zkądże takie tchórzostwo nie w miejscu?
— Czy nie syn tu na przeszkodzie?
— Bardzo być może! najpodobniej! Ale nie starałżeś się zbliżyć do niego?
— I owszem, wszelkiemi sposoby, ale to dzikie stworzenie... Usiłowałem dowiedzieć się co lubi, czem się zabawia; mówią że czyta, przechadza się, od ludzi stroni... a bodaj czy nie zakochany... Ojciec może wie o tem.
Hrabia się zamyślił kiwając głową którą przechylał na jedno i drugie ramię.
— Szkoda! szkoda! dobra by to była partja! u nas w okolicy nikogo z takim funduszem nie znajdę dla Łucji. Miałbym przez nią ich miljony w ręku! Oczyściłbym Sulimów! szkoda! Ale nie możnaż by jeszcze spróbować...
— Jest na to jeden sposób, rzekł uśmiechając się