Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rady daje i chce ich widać w proces wciągnąć, żeby się dłużej obławiać.
— No! to z nim pomówić na osobności. Goły, nie może być żeby nie wziął.
— O! co to to nie! rzekł cofając się Hubka, ja Parcińskiego znam, gotów by oczy wydrapać za samę propozycję!! Była tego raz próbka, chciał kijem obić.
— Może mu mało dawano, rzekł hrabia śmiejąc się.
— Przeciwnie, była to sprawa ważna, ofiarowano mu trzy razy tyle ile ma całego majątku, to jest ile wart jego dworek w mieście; pan Pędziszewski ledwie miał czas uciec od niego, tak się chwycił...
— Ba! ba! cóż to taki bardzo poczciwy?
— Nie! to musi być dziwak! odparł Hubka, czując że mu w taką poczciwość wierzyć jakoś nie wypadało.
Hrabia głową pokiwał. Co więc będzie z dyferencją?
— Sprawa w zawieszeniu, ale po obejrzeniu na gruncie... sądzę że się skończy zgodnie...
— A dyferencja cała przy was pozostanie?
— Wątpię!
— Jakkolwiek wypadnie, proszę pamiętać umowę naszę... będę potrzebował... rzekł hrabia.
— To się załatwi w swoim czasie, mruknął Hubka już poglądając na czapkę, którą żywo pochwycił i uśmiawszy się przy pożegnaniu siadł na swoję bryczkę, uciekając do domu.
— To kawał filuta, rzekł hrabia po jego odjeździe.. Gruby baryła; powiedziałbyś że go pierwszy z brzegu oszuka, a wziąć-że go w leszczotki, ani grosza z niego nie wyciśniesz.
— Czy hrabia masz z nim jaki interes?
— Maleńki, drobnostkę. Alem na jego łasce!