Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Różne dochodzą nas wieści... wiele w nich przesady. Mówią już u nas, że pan Bal kupił zamek na lodzie, który się rozpłynął nim do niego dojechał. Pytałeś mnie pan o starego Zrębskiego, dowiadywałam się, kupił wioseczkę w Płockiem i wyniósł się z Warszawy.
„Drżę ciągle ze strachu, żeby to zbliżenie się do hrabiego nie przypłacić było trzeba nową jaką klęską. Nienawidzę tego człowieka jako zabójcy mojego dziada, znam go tak dobrze! obawiam się tak bardzo! Dla czego pan milczysz? mężczyzna powinien mieć więcej odwagi...“
Lizia tymczasem odczytywała list Strumisza, który chwyciła, korzystając z roztargnienia Stanisława. Nie spodziewał się on, żeby w nim co takiego być mogło, czegoby nie mógł dać siostrze; nie domyślał się jej uczucia, nie przypomniał jak ono odrobiną karmić się umie. Ziarka mu dosyć gdy głodne, świata mało gdy się nasycić zechce.
List Strumisza do przyjaciela był następujący:
— „Kochany Stasiu! Wiele też to tysięcy lat jakeście wyjechali z Warszawy! Nie wiem, ale to pewna, że jak Mahometanie od Hegiry, ja liczę od wyjazdu wszystko, a zdaje mi się, że wieki upłynęły od pożegnania na Pradze. O! jakież tu pustki! fraszka te, na które ty narzekasz! Jesteście razem, całem kółkiem, nikogo wam nie braknie, nie tęsknicie za nikim, zabraliście świat swój z sobą i nic, nic prócz murów zimnych, przeraźliwą wiejących pustką nie pozostawiliście. Dom wasz straszy mnie jak te zamki stare w bajkach, w których także nic innego tylko przeszłość straszyła. Jeszcze w dzień jest praca, zajęcie, to odbiera jeśli nie ból serca, to przytomność; ale wieczorem, gdy wszystko