Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


siebie. A serce jej biło.
Tymczasem Stanisław czwarty raz czytał list Konstancji.
— „Smuci mnie doprawdy, że wieś tak złe na panu robi wrażenie. Jak też to ktoś słusznie powiedział, że wszystko nosimy w sobie...
„Świat jest tylko ramą, na którą nabijamy płótno przez nas malowane. Czarny dla jednych, dla drugich różowy; jakim jest rzeczywiście, to Bóg wie tylko jeden, w koło którego korony schodzą się wszystkich barw promienie w wielką nieśmiertelną aureolę jasności!
„A! przepraszam, cóż za wysmażony aforyzm mi się wyśliznął, na Boga zaklinam, nie posądź mnie pan o jakie pretensje do literatury i stylu! ja tak literatek nie lubię. Na co nam żyć papierem, gdy możemy sercem? Jak widzisz pan, łapię się nieustannie na nieznośnem dogmatyzowaniu. Dosyć tego, przejdźmy do miasta naszego, o którem chcesz wiedzieć stroskany mój wieśniaku...
„Miasto jak kociołek, pod który kucharka ogień podłoży, wre i gotuje się nowem życiem, życiem zimowem. To jego pora, to jego młodość! Zewsząd wpływają weń nowe żywioły, nowy ruch, nowi ludzie... ulice pełne wrzawy, teatr pełen świateł, muzyka leje się i rozlewa aż na ulice... chcemy się bawić i być weseli. Co pouciekało z miasta do wód, na wieś, powraca teraz odświeżone, odmłodzone, stęsknione za swojem ogniskiem; co w niem nigdy nie było, przylatuje tu także skosztować, napić się, lub chociażby popatrzeć zdaleka.
„W ogólności dzielą się tu ludzie na dwie klasy, tych co używają i tych co im zazdroszczą. Miarkuj pan so-