Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stanisław chwyciwszy swoje listy pobiegł i zamknął się w swoim pokoju... długo tam siedział, marzył i już po trzy razy odczytał list Konstancji, gdy Lizia, która się spodziewała, że Strumisz do niego pisać musiał, weszła niby przypadkiem do brata. Na widok tego niespodziewanego gościa, Stanisław szybko schował list Konstancji i z za łez niedojrzałych jeszcze, w których mu oczy pływały, uśmiechnął się do siostry.
— Co ci piszą z Warszawy? spytała Lizia zręcznie tak poczynając zdaleka.
— Z Warszawy? a! z Warszawy, powtórzył przychodząc do przytomności Staś; zdaje mi się, że coś tam tak być musi jak na wsi, nikt nic nowego nie donosi, jedno i jedno.
— Nudni ludzie! ruszając ramionami, odparła Lizia, to pewno ten nieznośny Strumisz polenił się nawet napisać...
— O! uśmiechając się rzekł Stanisław, list jego aż nadto długi!
— Nadto? podchwyciła Lizia, i ty to mówisz?
— Jeszczem go nawet nie przeczytał.
— Nieznośny też z ciebie flegmatyk, nie mógłbyś mi go pokazać? Ojciec zagarnął wszystkie gazety, mama listy, aż mnie trochę żal i złość wzięła, że do mnie nic nie ma... muszę choć list tego nudnego twego Strumisza przeczytać.
— Ale nie wiele się z niego dowiesz myślę, rzekł Staś wyciągając jej ledwie rozpieczętowaną kopertę, musi pisać o handlu, o sobie...
— To nic nie szkodzi, chce mi się czytać — daj! To mówiąc Lizia, niby obojętnie pochwyciła list Strumisza, powoli wyszła z pokoju i biegiem poleciała do