Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


westchnień po Bielańskiej ulicy! Nawet ojciec postrzegł już że Lizia jest wcale inną, że ją nic nie bawi, nic nie zaciekawia, że poczty tylko oczekuje, choć z niej listów nie odbiera... Postrzegła matka tęsknotę, dziwi się jej, a że to uczucie zbliża ją do niej, czulszą się jeszcze stała dla córki.
Smutne to położenie biednej Lizi, która kocha może, niemogąc się ani przyznać do tego, ani zwierzyć nikomu... przed którą miłość ciągnie się szarym pasem daleko bez końca, jak droga w stepie, pusta i milcząca... Czasem zniecierpliwi się, oburzy i powie sobie: Nie! ja nie kocham! ja go kochać nie mogę! Toby była śmieszność! On nigdy nie będzie się śmiał zbliżyć do mnie, ja ku niemu nie pójdę, dzielą nas żelazne podwoje nieprzełamane... ojciec by nie pozwolił na to nigdy... To dzieciństwo! I wkrótce szepcze dziwaczna, słuchając bicia swego serca.
— Biedny chłopiec! Tak wielkie, cierpliwe, milczące i bez nadziei przywiązanie, nie zasługujeż choćby na trochę litości? miejmy litość, tem bardziej że sobie mamy trochę do wyrzucenia... Ten jego dziennik zawrócił mi głowę; po cóż było czytać dziennik cudzy, bez pozwolenia wyciągać go z torebki zamkniętej? Pan Bóg skarał za niepotrzebną ciekawość. Biedny chłopiec, jak on się tam nudzić musi na tej pustej Bielańskiej ulicy. Bardzo mi go żal! Ale czy wytrwa? O! przyznam się, gdyby mi znowu wpadł jakim przypadkiem dziennik jego w ręce... gdybym w nim wyczytała że się zmienił, że zapomniał...
Lizia domawiając tych słów, wstawała zaczerwieniona, a twarz jej rozgniewana dokończała, co nie dopowiedziały usta.