Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gdy nie przeskakując ze sfery myśli do sfery żywota czynnego.
Spytasz mnie może czytelniku, dla czego cię tem nudzę? niestety! odpowiedź byłaby trudna. Nie mamyż prawa przeplatać opowiadania swojego tem co myśl z niego wysnuje i nastręczy? Przypuśćmy żebym pisał powieść historyczną... do iluż to ustępów podobnych nabyłbym większego jeszcze prawa? A zatem nie gniewać się za tych słów kilka, ale jeszcze pokornie, podziękować należy, że ich tylko tyle.
Ale o czemże mówiliśmy?
A! wszakci o miłości, oddaleniu, dziwactwie tego uczucia, teorjach i życiu... Wierzcie mi, nie przyszło to bez obejrzenia się na powieść naszą. Oto właśnie dzień znowu pocztowy, którego otwarcie z utęsknieniem oczekują wszyscy, sam pan Bal tylko nie przyznaje się żeby za nim bardzo wzdychał. A jednak chwycił listy pożarł je szybko, rozgrzał się niemi widocznie, rozdarł koperty gazet i brnie w doniesieniach Kurjerka przedstawujących mu żywo Warszawę, po której trochę smutku i żalu mu zostało... W początku udawał nawet obojętność na listy i doniesienia z rodzinnego miasta, niekiedy przychodziło do tego, że pół godziny zostawiał korespondencje nierozpieczętowane, żeby dowieść jak go niewiele obchodzą, a gromił żonę, córkę i syna za ich chciwą niespokojność nowin, teraz już sam nie może wytrwać by nie zasiadł zaraz do poczty, a trafia się że kilka razy spyta o nie nim przyjdzie.
Lizia, biedna wesoła i trzpiotowata Lizia, jakże uwiędła na wsi, jak zawiedziona posmutniała. Jestli to tylko odczarowanie czy innego rodzaju uczucie? Na oczy tak jasne i błyszczące nieraz się zjawia łza tajemna, której nikomu się nie zwierza, a wieczorem ile