Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jest to pan Hubka, dziś sąsiad pański podobno, a niedawno jeszcze komisarz i plenipotent Radziwiłłowski; powiada że osobiście chce się widzieć z panem, ale to nic innego tylko sprawa o dyferencją w lesie. Wiem, że rzucając interesy książąt zobowiązał się ten jeszcze ukończyć, zapewne więc przybył w tym celu.
— E! to dzieciństwo! rzekł Bal, rzecz mała!
— Mała! z zadziwieniem spoglądając na niego odparł plenipotent; mnie się zdaje ogromną owszem... kawał ten lasu.
— Kilka, czy kilkanaście morgów.
— Kilkadziesiąt włók i to najpiękniejszego, to może wartać jakie parę kroć sto tysięcy, bo las nietknięty oddawna.
Bal zdziwiony już u drzwi się wstrzymał.
— Byćże to może?
— Tak jest.
— Ale prawo za mną! dodał żywo.
Parciński ruszył ramionami tylko, uśmiechnął się i dodał:
— Nie wiem, czy prawo za panem lub nie, to pewna, że interes ten można zrobić z panem Hubką pieniędzmi.
Bal się oburzył.
— Zmiłuj się pan! możesz-że mi radzić, żebym komuś pełnomocnika podkupywał?
— Ja nic nie radzę, bo sam podkupićbym się nie dał, to pewna, ale wiem o kim mówię i jak się tu u nas dzieje.
— Jakto! na wsi! na wsi! w tym przytułku cnót starych, prostoty i szczerości?
— Gnieździ się dziś niestety wiele brudów, dodał