Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale jakże mógł mi się wydać tak dobrodusznym, tak uczciwym i szlachetnym przy sprzedaży!
— O! to były zastawione sidła, w które pan wpadłeś zbytkiem szlachetności.
— Ja tu jednak nie widzę, dotknięty trochę rzekł kupiec, w czem mnie mogli złapać?
— Najprzód na cenie majątku, która jest ogromnie przesadzoną, powtóre, wystawując panu Zakale jako złote jabłko, gdy w istocie kwaśna to dziczka! Reszta powoli przyjdzie.
Pan Bal był tak uderzony tem co usłyszał, że pozostał milczący i zamyślony aż do domu, a Stanisław ujrzawszy jego twarz, gdy weszli do pokoju, uczuł się o niego niespokojnym.
Milczenie kupca było nienaturalne, wzdychał, wstrząsał się i widocznie cierpiał w głębi. Walczył z sobą i nie umiał jeszcze ani się poddać rzeczywistości, ani utrzymać w złudzeniu. O! ciężko to zawsze człowiek przypłacić musi wszelką wiarę, z której go odziera nielitościwe doświadczenie, ciężko wyrwać z tego spokojnego posłania, które sobie marzeniem przygotowujemy.
W milczeniu chodził po pokoju zamyślony i usiłował jeszcze wmówić w siebie, że wszystko to o czem go przekonywał Parciński, było zmyśleniem, potwarzą tylko, przesadzoną pogłoską, puszczoną przez nieprzyjaciół, gdy mu oznajmiono, że ktoś z pilnym interesem chce się z nim widzieć.
— Któż to taki? zapytał niespokojny odwracając się do Parcińskiego, chciej pan zobaczyć... ja tak jestem... zmęczony.
Po krótkiej chwili powrócił plenipotent.