Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale to niegodziwość!
— Pozwól mi pan dokończyć, hrabia napróżno chciał po swojemu, z uśmiechem dobrodusznym wmówić podstolemu, że ma słuszność za sobą, gdyż metodą jego zawsze jest tak robić złe, jakby w sumieniu był przekonany, iż świętą pełni cnotę. Rozpoczął się tedy proces. Podstoli miał przyjaciół i poprzysiągł nie ustąpić: szło tu o ostatek mienia, o posag wnuczki, której ojciec własny nic nie zostawił. Hrabia znał prawo na palcach, na procesach zjadł zęby, płacił, nudził, a niewinniejszych sędziów otumaniał grając doskonale skrzywdzonego rolę. Ciągnęła się ta sprawa lat kilka, w końcu osądzono, żeby podstoli posag siostrze wypłacił.
Apelowały obie strony, podstoli od dekretu, hrabia, że mu nie przysądzono procentów; w drugiej instancji padł wyrok dla hrabiego, zabrano podstolemu nietylko majątki, ale zlicytowano ruchomości. Starzec dumnie wzgardził teraz wszelką powolnością szwagra i z sierotą wnuczką uciekł bez grosza prawie do Warszawy.
— Gdzie umarł, rzekł Stanisław z westchnieniem.
— Jakże ty to wiesz? spytał kupiec.
— Stał w kamienicy naprzeciw naszej i w niej skończył, rzekł syn.
— A wnuczka?
— Poszła służyć, jest teraz u Krombachów przy dzieciach nauczycielką. Mogę zaręczyć, że pan Parciński nic nie dodał, wiele ujął jeszcze, słyszałem tę historją nie z ust panny Konstancji, która mi o tem nie wspomniała, ale od najlepiej uwiadomionych ludzi.
Pau Bal się ponuro zamyślił.
— Ha! rzekł, jeśli to prawda? człowiek niebezpieczny!