Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Parciński, ale chodźmy do pana Hubki, zobaczymy.
To mówiąc, pospieszyli do salonu, gdzie na nich gruby i okazały, spasły na cudzym chlebie oczekiwał pan Hubka. Przywitanie było chłodne; humor jednak przybyłego wesoły, śmiech zwykły mu z podwójnym hałasem rozlegał się co chwila; gospodarz siedział jak na szpilkach, nic nie wspominając o interesie, którego niby się nie domyślał, plik jednak papierów za frakiem sąsiada oznajmywał, że niedawno przybył i czekał na pana Bala. Zdawało się, że Parciński mu przeszkadzał, bo się kilkakroć zażywając tabaki na niego oglądał, jakby go chciał odprawić. Widząc to plenipotent zszedł z oczów na chwilę, a Hubka natychmiast z oddalenia się jego korzystał.
— Cha! cha! rzekł macając się po bokach i dobywając z kolei tabakierki, chustki, okularów, papierów nareszcie, mam tu do Waćpana dobrodzieja maleńki interesik.
Pan Bal, który już trochę wiedział co to są interesiki i poczynał gorzej się ich lękać niż wielkich interesów, zadrżał i w milczeniu jak skazany skłonił głowę.
— Trzeba tedy panu dobrodziejowi wiedzieć, że chociaż mi Pan Bóg dał kawałek chleba własnego, a teraz i wioseczkę...
— Wiem panie dobrodzieju!
— Jednakże trzymałem się pańskiej klamki lat kilkanaście. Teraz to się już pod starość odpocząć zachciało i swojego chleba skosztować. Książęta Radziwiłłowie, których interesami czas jakiś zabawiałem się, polecili mi tu jeszcze jeden maleńki do załatwienia.
— Z Zakalem?
— Tak jest! cha! cha! z Zakalem! maleńki... Panu