Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Parciński się uśmiechnął.
— Ale mniejsza o to, przerwał Bal, tymczasem ja na ten raz daruję wszystko.
— Jak się panu podoba, ale jutro będzie gorzej.
— Zobaczymy.
— Zobaczymy.
Wzruszony wyszedł pan Erazm na ganek, ku któremu zbliżyli się wieśniacy zaraz. Wielu z nich było widocznie podpiłych a twarze miały ten wyraz dumy, który chwilowo umie przybrać oblicze najdłużej upokorzonych ludzi. Ledwie skłonili głowy.
— Co ja słyszę, rzekł pan Bal zakładając wtył ręce i minę poważną przybrawszy, co to jest, nieposłuszeństwo?
Wszyscy milczeli.
— Ja tego nie lubię! słyszycie Waćpanowie? o! ja tego nie lubię! — i nie zniosę... u mnie tego nie będzie.
— Z pozwoleniem Waszeci (tego wyrazu użył jeden ze starych, nie wiedząc co za grafa położyć). No bo my nie wiemy co z nami będzie.
— A cóż ma być?
— Co ma być? powtórzył chłop skrobiąc się w głowę... my zdawien dawna bojarowali! to były kniaziowskie dobra, myśmy nie robili pańszczyzny.
— Jak to? podchwycił Parciński.
— Pozwól im się wytłomaczyć, rzekł Bal.
— A ot tak, mówił pierwszy, że za kniaziów pańszczyzny nie było to nie! Dopiero to za grafa nastało, ale myśmy się zawsze opierali, a teraz nie chcemy, ta i robić nie będziemy.
Nowy dziedzic nie wiedząc co odpowiedzieć na to, obrócił się do plenipotenta.