Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jeżeli tak, rzekł spokojnie Parciński, to co innego, macie jak mówicie jakieś prawa...
— A mamy prawa.
— No, to zjedzie sąd, zobaczy i osądzi. To tylko sobie pamiętajcie, że jeżeli się okaże bałamuctwo, może być źle...
— Gorzej nie będzie! mruknął jeden.
— Może być i gorzej, odezwał się śmiejąc nieco Parciński.
Chłopi spojrzeli po sobie onieśmieleni.
— No! cóż myślicie?
Odpowiedzi nie było.
— Macie wóz i przewóz, odezwał się plenipotent, albo słuchać i mieć opiekę nad sobą, bo to nikt was teraz nie skrzywdzi pod takim jak wasz panem, albo idźcie do sądu, a wówczas zobaczymy. Z sądem żartować nie można; — nieposłuszeństwo nie pójdzie lekko!
Pan Bal uczuł potrzebę dodać:
— Za to wam mogę ręczyć, że krzywdy zrobić nie dam nikomu.
— Ale i sobie także! spiesznie dorzucił Parciński, chwycił za rękę pana Bala i chciał odejść.
— A cóż będzie z tym...? spytali chłopi, my jego karać nie damy!!
— Złe słowo! zakrzyczał znowu podnosząc głos plenipotent! złe słowo! pamiętajcie żeście to powiedzieli! Byłby pan może ten raz darował, a tak...
Spojrzeli po sobie wszyscy.
— Odeślemy go do sądu.
— Puszczam go ten raz, żywo począł pan Bal, wiele rachując na swoję łagodność, ale niech mi więcej tego nie będzie, bardzo proszę!