Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nic to nic, maleńka sprawa rzekł Parciński... dowiesz się pan dobrodziej.
— Cóż to takiego? skarga jaka? prośba?
— Jedna z powszednich i codziennych na wsi przyjemności, odpowiedział plenipotent, złapano złodzieja, musieliśmy go kazać ukarać... ci ludzie przyszli za nim prosić.
— Powiem im naukę dobrą i przebaczę, zawołał pan Bal...
— Już ukarany...
— A czegoż chcą ci ludzie? spytał zafrasowany p. Bal.
— Ci ludzie, odparł Parciński mrugając na Stanisława... ci ludzie, oni już nic nie chcą...
Kłamstwo było widoczne na twarzy plenipotenta, tak że je pan Bal postrzegł.
— Mówże bo mi prawdę! zawołał żywo, czego chcą?
— Przyszli z wymówkami, z groźbą, z buntem prawie, odezwał się Stanisław ale się tem nie ma co martwić.
Pan Bal zbladł. — A cóż to będzie? spytał cicho.
— To są tylko próbki, odparł Parciński, ani się potrzeba dziwować, że w ich położeniu znajdują się ludzie chcący z położenia każdego na ulgę swoję korzystać... Od znalezienia się pańskiego w tej chwili może wiele zależeć na przyszłość... Nie chodzi tu o złodzieja... Było nieposłuszeństwo, były pogróżki, musiałem kazać wziąć winnego i pogroziłem karą. Jest to smutna konieczność! karać nie myślę, ale postrach jest potrzebny... Od tygodnia pańszczyzna tak jak nie wychodzi...
— Głupia ta pańszczyzna! dawno ją powinni skasować! zawołał pan Bal...