Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lizia wstała z kanapy.
— Niech ich sobie papa kocha jak chce, odezwała się, rozczula nad niemi, ale pozwoli mi powiedzieć, że przynajmniej dla miłości ich hrabstwa nie pójdę za jakiegoś tam starego kawalera.
— A gdybym rozkazał! przywiedziony do niecierpliwości wybuchnął kupiec.
— Pocałowałabym papę w rękę, w nogę, w czoło i takbym się rozpłakała, że nie miałbyś serca mnie zmuszać.
— Ha! rzekł kupiec machając ręką, róbcie sobie co chcecie! nic jeszcze nie ma, a już fochy! dajcie mi pokój! Dobranoc!