Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O! a tak brudny! odparło dziewczę.
— Oszalała! oszalała! szepnął przelękły ojciec, bojąc się, żeby jej kto nie podsłuchał.
— Mijam to papo, śmiejąc się na nowo i klaszcząc w dłonie odezwała się Lizia, ale czy uważałeś, że kuzynek naprawdę myśli o mnie? Cały wieczór prawił mi grzeczności, nie mogłam się wstrzymać od śmiechu, musiałam mu się wydać bardzo wesołą.
Bal osłupiał i aż się wstrząsł z gniewu.
— Ale moja panno! zawołał, cóż w tem tak śmiesznego, kuzyn hrabiego, bardzo miły, pełen zalet człowiek.
— W dodatku trochę łysy i dobrze stary.
Matka podniosła głowę.
— Uważałam to także, i nie bez jakiegoś niepokoju, że i u nas i tutaj ciągle jest przy Lizi: to mi się nie podoba.
— Mówmy szczerze, odezwał się wreszcie Bal, cóż pani także możesz mieć przeciwko temu?
— Powiedz mi co jest za tem? szczerze i poważnie rzekła żona; ludzi tych nie wiele znamy, a z tego co wiemy, nie bardzo możemy szacować; wrażenie jakie oni na mnie robią, jest przykre; nie czuję tu ani kropli, ani odrobiny szczerości, wszystko u nich kłamane: możemyż pomyśleć nawet o takim związku?
— Widzę, odparł pan Bal, że pani jak zawsze nie wierzysz ludziom, przywykłaś ich posądzać... Ale to wieś! to wieś nie miasto! tu serce na dłoni! tu jeszcze wiek prostoty i niewinności! Czego nie widać w nich od razu, tego nie ma; potrzeba sobie wyperswadować!
— Mój kochany Erazmie, tyś dziwnie zaślepiony.
— Moja Ludwiko, tyś okrutnie uparta!