Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Herbata odznaczyła się więcej saską porcelaną, o której opowiadano historją, bo miała być darem Poniatowskiego, srebrami staremi, a i do tych wiązały się tradycje, niżeli zapachem i smakiem. Znać było po ciasteczkach i śmietance, że hrabina nie gospodarowała, a hrabia do kuchni chodzić nie miał czasu. Pan Bal jednak znalazł to wszystko wybornem, tak był rozczulony, wzruszony, uszczęśliwiony.
Wieczerza, jak się domyślać łatwo, wywiodła na scenę resztę sreber jakie gdzie były, ale smaku trudno w niej było dopytać. Do tradycji bowiem należało u hrabiego że cały dwór miał złożony z pijaków, ci że się go obawiali wstrzymywali się trochę gdy był sam, a przy gościach dopiero poczynali hulankę, wiedząc że Sulimowski wyjść i śledzić ich nie może. Dymu i węgli w potrawach było wiele, roznosząc półmiski oblano gości i gospodarzy, ale kto by tam na te drobnostki uważał!
Państwo Balowie odprowadzeni zostali na spoczynek po wschodach, które dygotały pod ich nogami, na pierwsze piętro, gdzie pozaklejano okna wprawdzie, ale chłód i wilgoć były nie do wytrwania.
Lizia śmiejąc się upadła na kanapę.
— Co ci jest? spytał surowo ojciec, który miał już odchodzić.
— A! papo! daj mi się naśmiać z twoich hrabiów.
— Oszalała dziewczyna!
— Papo, jeśli wszyscy panowie tutejsi są w tym rodzaju.
— Cicho na Boga! łamiąc ręce zawołał Bal.
Pani Balowa siedziała ze smutnie spuszczoną głową.
— Liziu! ja cię nie poznaję! rzekł ojciec, dom tak szanowny.