Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


spostrzegł się że za daleko zaszedł, popatrzał po żonie i córce milczących pokornie i wyszedł żywo z pokoju.
W karecie na promie już poczęły się powoli uwagi i wyroki.
— No! jakże ich znajdujesz? rzekł hrabia do żony.
— Jacyś dobrzy ludzie.
— O sam! dobry człowiek! dobry człowiek! z przyciskiem powtórzył Sulimowski, ale sama zdaje mi się pełna rozsądku, a Lizia...
— Panienka, przerwała Łucja, mogłaby być miła, ale w obłokach ciągle, nie umiałam dla niej dobrać rozmowy... widać że ma talenta, przepada za muzyką, maluje, artystka, literatka. I Łucja rozśmiała się trochę.
— Nie sądź jej tak ostro, przerwał ojciec, w ich położeniu trzeba tego wszystkiego żeby znaleźć męża... Zmora już podobno zaszłapał.
— Che! che! rozśmiała się hrabina, trochę dla niej za stary!
— Ale nie! byle umiał rzeczy prowadzić, oddadzą mu ją chętnie, znam ich.
— Przepych nieprzyzwoity! znać w tem parwenjuszów!
— Co do tego masz słuszność, Żozefino, potwierdził hrabia, ale nie każdy może tem zgrzeszyć... Uważałaś srebra?
— Uważałeś objad? a nie był przygotowany, bo wiedzieć nie mogli.
— Co za salonik! odezwała się Łucja.
— Już to bez gustu, przerwał ojciec, nadto fraszek, nadto ozdób, nic starego, żadnej pamiątki. No! a pan Stanisław! Ten choć wielki mruk i dziczek, a l’air trés comme il faut.