Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko tchnie arystokracją dobrego tonu!
— A! mój poczciwy Erazmie, odpowiedziała żona, ty często masz talent widzenia tego czego nie ma. Czy i ich powozy i konie i ludzie głodni i suknie wyszarzane i ton wyblakły tak ci się bardzo pańskiemi wydały?
Pan Bal podskoczył, plasnął w ręce, krzyknął z podziwienia i cofnął się.
— I ty to mówisz?
— Bom wcale nie oczarowana.
— Przyznasz że hrabina...
— Nie przeczę jej wielkich przymiotów, ale zdała mi się zupełnie pospolitą postacią.
— Pełna dystynkcji!
— Mój Erazmie! Co ty zowiesz dystynkcją ja powiem przesada.
— Uprzedzenie!
— Uprzedzenie!
— Liziu, a śliczna Łucja!
— A! kochany papo, nie rachuj mnie jako sprzymierzeńca... to może być bardzo miła i dobra panienka... ale wiele więcej się spodziewałam po kwiecie tutejszych towarzystw.
— Wam się w głowach poprzewracało! wybuchnął pan Bal prawie z gniewem; dla tego że ja kocham wieś, wy mi robicie na przekór. Jakto? Lizia nawet! Stanisław stoi jak mruk, ale jemu się nie dziwuję. Pani spełnia obowiązki gospodyni jak z musu, Lizia półgębkiem się bawi; zmówiliście się na mnie żeby mi życie zatruć!
Pierwszy to raz z takim gniewem od czasu przybycia na wieś wybuchnął pan Bal, wszyscy umilkli;