Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


biono w drodze, co ich przywieziono do domu, ile się nagadano przez kilka dni następnych, ile nadowiadywano o Balach od żydów, arędarzy, od rzemieślników, od ludzi, tego by i na wołowej skórze nie spisał.
Stanisław tymczasem kwaśny, bo widok Sulimowskich boleśnie mu przypomniał, co z ich po większej części przyczyny wycierpiała jego Konstancja, pędzić musiał przodem do Zakala gotując dla nich przyjęcie. Nie pojmował on tej zimnej bezczelności, z jaką hrabia w oczach całego świata, widzącego krzywdę którą im wyrządził podstępną sprzedażą, zdawał się jeszcze natrząsać z oszukanych, nie przypuszczając żeby się ośmielili posądzić go nawet. Parciński zagryzł usta tłumiąc uśmiech szyderski.
— To nie bez kozery! rzekł do Stasia, miejcie się państwo na baczności, albo chcą pieniędzy pożyczyć, albo na coś jeszcze większego kroją...
— Co do mnie, odparł Staś, sądzę że to tylko zręczny niby sposób pokazania, że kiedyśmy w przyjaźnych stosunkach z niemi, nie czujemy się pokrzywdzonymi.
— A! i to być może, ale czyż hrabia dba tak dalece o opinją?
Co najgorszego widział w tem Staś, to że ojciec chwycony ze słabej strony swej próżności da się zupełnie Sulimowskiemu osiodłać i łapki przed nim położy.
W Zakalu nie było żadnego przygotowania dla tak dostojnych gości, ale dzięki brykom które w wigilją dnia tego z Warszawy nadeszły i licznym przywiezionym zapasom, objad dał się skleić bardzo przyzwoicie, a jak na wieś aż wystawnie.
W pół godziny po Stanisławie zaszły powozy i nie bez dobrze odegranego westchnienia do cieniów pra-